Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blog. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blog. Pokaż wszystkie posty

piątek, 24 listopada 2023

Inne spojrzenie na problem rasizmu w USA i Europie

Przedwczoraj wieczorem zupełnie przypadkowo trafiłem na film dokumentalny pt. "Ustalone z góry".

Miałem ochotę na dokument ale niekoniecznie o tej tematyce i to jeszcze w serwisie Netflix.

Tak, z góry założyłem, że będzie to materiał obciążony lewackim bełkotem i totalną krytyką postaci Donalda Trumpa.

Ale zanim mój palec na pilocie zdążył kliknąć i zmienić oferowany program wyświetlił się fragment zapowiedzi treści wspomnianego dokumentu.

We fragmencie tym młody Amerykanin z dużym zaangażowaniem mówił o historii niewolnictwa w Europie oraz Ameryce. Otóż według słów tego młodego człowieka czarni niewolnicy zastąpili wykorzystywanych w ten sam sposób ludzi pochodzących z Europy Wschodniej. Czarni okazali się ostatecznie lepszym materiałem na niewolników bo... W przeciwieństwie do białych Słowian nie mogli zbiec i wtopić w miejscową ludność.

Teza ta zaciekawiła mnie na tyle, że postanowiłem obejrzeć film "Ustalone z góry".

Nie będę go tu streszczał. Jak ktoś chce to sam powinien obejrzeć.

Gdzieś w połowie filmu miałem kryzys i znów pomyślałem o przerwaniu jego wyświetlania na ekranie domowego telewizora. Jednak problematyka czarnych gett i białej supremacji gdzieś w dalekiej Ameryce okazała się dla mnie jako białego Słowianina z Europy Wschodniej tematem dość egzotycznym.

W tym momencie młody Amerykanin przypomniał mi, że jeszcze na początku XX w. Polacy i Włosi nie byli w społeczeństwie amerykańskim traktowani jako "pełnowartościowi biali".

Szok?

A może nie tylko w USA byli (lub są) tak traktowani?

I tu mi się przypomniało jak gdzieś w połowie lat dziewięćdziesiątych XX w zaszokowałem swoich niemieckich "kolegów" tezą, że jako człowiek wykonujący taką samą robotę nie powinienem się zgadzać na pracę za dziesiątą część wynagrodzenia niemieckiego specjalisty.

Dla moich niemieckich "kolegów" oczywistym było, że białemu Słowianinowi z Europy Wschodniej wystarczy do szczęścia parę marek i możliwość zakupu używanego VW Golfa

sobota, 18 listopada 2023

Rzeczpospolita AD 2023 i wiatr od Dzikich Pól wiejący

 Rok 2023 ma się ku końcowi i za chwilę zaczną się jego podsumowania.

Bez wątpienia był to rok ważny. Ale umówmy się... Nie ma lat nieważnych. Mogą być tylko lata stracone.

Mnie ten rok 2023 przypomniał o tym, że nasza historia nie zaczyna się w 1989 roku ani w 1918. Jest kontynuacją całego tysiąca lat tradycji oraz doświadczeń wielu pokoleń ludzi utożsamiających się z Polską i polskością.

Tak jak za tej Pierwszej przy okazji elekcji ożywają spory.

Czy być konserwatystą? Czy szybciej przyswajać zachodnie wzorce?

Czy nasze stronnictwa polityczne aby nie reprezentują czasem interesów obcych mocarstw?

A jeden z "mocnych kandydatów" do roli przywódcy jest notorycznie posądzany o to, że stanowi opcję proniemiecką.

Ech... Lata mijają a niektórym nadal ciężko jest się pogodzić z tym, że Rzeczpospolita może być dla wszystkich a nie tylko dla wybranych.

Nadal niektórym się wydaje, że ich głos powinien być ważniejszy od głosu ludu.

Co gorsza nad dyskusją polityczną w naszym kraju nadal zalega cień targowickiej zdrady. Tylko Moskwę zastępuje w tym sporze dziś Bruksela lub Berlin.

Mamy rok 2023, a jak przed wiekami patrzymy z niepokojem w stronę Dzikich Pól.

Patrzymy z niepokojem, bo trwa tam wojna, która może zbliżyć się do granic Korony. Kozacy znów biją się z dzikimi hordami. Tylko hordy te wysyła Moskwa, a nie Turczyn.

Świat się zmienił, ale historia i tak potrafi zatoczyć koło.

poniedziałek, 20 marca 2023

Dlaczego warto zainteresować się genealogią i kreślić drzewo rodowe?

Genealogią warto zainteresować się z wielu powodów.

Po pierwsze... Jest zajęcie, które dla osób ciekawych i chcących poznać historię swojej rodziny może być czymś naprawdę pasjonującym. Tylu informacji o pochodzeniu rodziny i nazwiska nikt inny nam nie dostarczy.

Czytanie metryk i kreślenie drzewa wciąga jak blogowanie... Tak, te zapisy w księgach będą dla pasjonata jak blog historyczno-obyczajowy pisany przez życie i plebanów w rodzinnych parafiach. 

Można sięgać do wielu dokumentów... Nawet w gazetach z epoki będą informacje o naszych przodkach. A to już lektura ciekawsza niż pomponik czy inny plotek.

Z metryk można dowiedzieć się naprawdę wiele. Nawet czasem więcej niż chcieliby uczestnicy opisywanych w tych aktach zdarzeń. Czasem o rzeczach, które miały na zawsze pozostać tajemnicą... alkowy. :)

Zapisy w metrykach mogą wyprostować nasze pojmowanie świata i relacji społecznych. Jest w nich naprawdę dożo informacji o tym jak żyli nasi przodkowie i jaki był ich status społeczny. Oraz, że nic nie jest stałe na tym świecie. Bo naprawdę wiele może się zmienić na przestrzeni wieków.

Nazwisko kończące się na -ski wcale nie musi oznaczać szlacheckiego pochodzenia.

A to, że czyiś przodkowie w XIX wieku mieszkali w mieście np. Łodzi nie oznacza, że rodzina jest mieszczańska.

Taka wiedza o własnych przodkach zdecydowanie przydałaby się polityczno-obyczajowym celebrytom, którzy czasem rzucają tekstami o tym, że za pewne zjawiska odpowiadają np. potomkowie chłopów.

Gdyby tacy celebryci mieli w sobie odrobinę pokory i wiedzy o własnym rodowodzie to moim zdaniem nie byliby aż tak skorzy do  segregacji ludzi ze względu na pochodzenie.

Bo jako naród (lub jak kto woli społeczeństwo) to wszyscy jesteśmy uformowani w wielkim tyglu procesów społeczno-historycznych. Dziedzicami tego wszystkiego co nam zostawili nasi przodkowie. Tradycji ludowej i dworskiej... A także tej, która pochodzi z innych kultur oraz narodów, które żyły wśród nas i obok nas. 

piątek, 10 marca 2023

Tu mam ciocię, tam mam wuja... Wnioski z przeglądania drzewa genealogicznego

Przeglądanie starych metryk, ksiąg parafialnych i zapisów archiwalnych daje dużo do myślenia i to nie tylko o tym gdzie jest to nasze miejsce w sztafecie pokoleń.

Dla mnie okazało się, że zapis w takich dokumentach jest dla ostatnich 200 lat bardzo bogaty i co najważniejsze... W miarę ciągły.

Pierwszy zapis pochodzi z 1816 i odnosi się do zawartego w tym roku związku małżeńskiego pary wdowców - Jana i Marianny. Ale w zapisie tym są też dane o ich rodzicach.

Niewiele wiadomo o tym z kim wcześniej byli związani. I czy wcześniej mieli dzieci z innych związków.

Ich jedyny syn Mikołaj jest moim bezpośrednim przodkiem. Takim pra_pra_pra_dziadkiem.

Ale jak się okazuje potomków Mikołaja było całkiem sporo... I może stąd to dziwne uczucie gdy okazuje się, że w tak wielu miejscach mam osoby, o których dowiaduję się, że są ze mną spokrewnione.

Aż dziw, że mam tak dużo cioć i wujków, w tylu miejscowościach na pograniczu dzisiejszych województw: świętokrzyskiego i małopolskiego.

Co więcej nawet tam gdzie się nie spodziewałem i wśród ludzi, o których bym nie przypuszczał.

Ale spostrzeżeń jest więcej.

Jak już napisałem zapis jest w miarę ciągły.

Akty powstałe po roku 1815 są zadziwiająco obszerne i zawierają dużo szczegółów. Szczególnie te z obszaru, który był włączony do powstałego w 1815 roku Królestwa Polskiego (Kongresowego). 

Z treści można się dowiedzieć nie tylko kto się urodził, kto zmarł, kto i z kim zawarł związek małżeński. Są tez informacje o rodzicach głównych uczestników zdarzenia, o ich wieku, a także o... ich statusie społecznym.

Księgi parafialne które przeglądam (od początku XIX w do lat okresu międzywojennego) mają ustaloną formę i są właściwie podstawowym dla tego czasu dokumentem urzędu pełniącego funkcję dzisiejszego USC. Taka była rola związków wyznaniowych i proboszczów.

W moich rodzinnych stronach w pewnym czasie proboszczowie katolickich parafii z urzędu odnotowywali także narodziny dzieci w rodzinach niekatolickich i niechrześcijańskich (głównie żydowskich). 

W zapisie jest 15 letnia luka... Brak ksiąg z lat 1860-1874... Czyżby miało to związek z represjami po Powstaniu Styczniowym?

Zachowane zapisy z lat od 1875 do 1915  były sporządzane w narzuconym przez carski reżim języku rosyjskim.

Zapisy takie czyta się często z wielkim trudem... Bo i ich pisanie proboszczom nie znającym biegle tego języka musiało z trudem przychodzić.

Na szczęście imiona i nazwiska nie są na siłę rusyfikowane. Nadal są polskie tylko czasem zniekształcone przy próbie zapisania z użyciem rosyjskiego alfabetu.

Ale czytanie tych dokumentów wymaga znajomości języka rosyjskiego i cierpliwości w odczytywaniu gryzmołów.

Wymaga też świadomości, że rosyjski okupant próbował narzucić nie tylko język ale i archaiczny kalendarz juliański. Na szczęście polscy proboszczowie pilnowali aby w metrykach znajdował się także zapis o dacie z właściwego dla naszej kultury kalendarza.

Aby przebrnąć przez taką lekturę trzeba jednak robić sobie notatki i kreślić drzewo zależności (drzewo genealogiczne).

Na szczęście są do tego pomocne narzędzia. Takie jak np. darmowy,dostępny na wiele systemów (Windows, Linux) program Gramps.


Ps

Polecam samodzielne poszukiwania bez wspomagania serwisami typu MyHeritage...

Jak zbierać dane to na własny użytek. 


Galeria:

Zapis w księdze urodzeń parafii rzymskokatolickiej z 1820 r. Ten dotyczy dziecka wyznania mojżeszowego. 


sobota, 11 lutego 2023

Bazylika w Saint-Denis - perła w sercu złych obrzeży Paryża

Północne obrzeża Paryża nie mają dobrej opinii. A do Saint-Denis przywarła wręcz łatka miejsca, od którego lepiej trzymać się z daleka. Miejsca, w którym stracić można nie tylko portfel.

Ale poza złą sławą "patologicznego przedmieścia" jest w Saint-Denis coś, co kusi turystę i wręcz zmusza do przełamania obaw. 

Dla osobistego spotkania z pięknem i majestatem pierwszej w świecie gotyckiej bazyliki warto postąpić wbrew temu, co zalecają internetowe poradniki.

Bazylika w Saint-Denis

Warto nawet jeśli wysiadając na stacji metra o nazwie Basilique de Saint-Denis nadal masz wrażenie, że pomyliłeś miejsce i trafiłeś w sam środek dystopicznej wersji jakiegoś świata równoległego.

Metro paryskie nie powala urodą i stacja Basilique de Saint-Denis nie jest jakoś szczególnie brzydka. Ale to, co zobaczymy po wyjściu na powierzchnię, sprawia, że zwątpimy w sens zapuszczania się w te rewiry. Nas wyprowadziło w sam środek wielkiego i koszmarnie brzydkiego centrum handlowego. Takiego połączenia arabskiego bazaru z betonowymi konstrukcjami rodem z sowieckiego poligonu czołgowego. Betonowy brutalizm i smród tak intensywny, że człowiek dziękuje za to, że trafił tu w lutym, a nie w środku lata.

Bazylika w Saint-Denis i fragment betonowej ściany centrum handlowego

Co gorsza nie ma wyraźnie oznaczonego dojścia do bazyliki... Wygląda to tak, jakby ktoś chciał celowo ukryć tę perłę gotyku przed turystami lub poszukiwaczami dawnych dziejów Francji.

Ale jak już trafimy na plac przed bazyliką to z wrażenia nogi same uginają się aby uklęknąć.


Tylko ten płot pod pozostałością północnej wieży i metalowe przypory przypominają, że patrzymy na obiekt bardzo poraniony przez ludzi i historię.

Wieża północna jest ponoć odbudowywana, ale ja nie jestem w stanie tego potwierdzić. Widać tylko ogrodzenia i metalowe wsporniki.

Wieża została częściowo rozebrana w 1846 roku po tym jak została uszkodzona uderzeniem pioruna.

Ale to nie jedyna rana na tym symbolu dziejów Kościoła we Francji.

Bo trzeba wiedzieć, że Bazylika w Saint-Denis to nie tylko pierwszy w świecie przykład gotyku. Przede wszystkim to miejsce szczególne w historii Francji. To nekropolia królów. I pod tym względem my Polacy możemy ją porównywać tylko do Katedry na Wawelu. 

I może dlatego jest nam trudno zrozumieć, jak to możliwe, że w pobliżu tej świątyni powstało tak koszmarnie brzydkie centrum handlowe.

Tak jak nie jestem w stanie pojąć tego, co kierowało motłochem oraz przywódcami francuskiej rewolucji, którzy w 1793 roku zdewastowali oraz sprofanowali to miejsce. Bo niszczenie piękna i profanacja sacrum nie mieści się w moim kanonie zachowań normalnych.

Ale jak widać Bazylika przetrwała celowe niszczenie, profanację królewskich grobów i grabież wszystkiego, z czego dało się pozyskać klejnoty i kruszce. 


I miejmy nadzieję, że przetrwa także nasze czasy... Na chwałę Bogu oraz ludziom dla spotkania z tym co święte i piękne.




Ps

Jeżeli ktoś się wybiera do bazyliki w Saint-Denis na niedzielną mszę, to lepiej wcześniej sprawdzić, w jakich godzinach są msze. Bo z tego, co zapamiętałem, to w dzień świąteczny są tylko trzy. Dwie przed południem i jedna o około 18ej.

Mnie się udało ledwo zdążyć na mszę o 10:00.

I dla tej mszy też warto było się tu wybrać. Bazylika w Saint-Denis warta jest mszy może nawet bardziej niż Paryż. Nawet jeśli jesteś wśród zgromadzonych w kościele wiernych jedynym Polakiem, a twój kolor skóry wyróżnia cię bardziej niż język, którym szepczesz słowa modlitwy. 

środa, 8 września 2021

Las Wielki i grodzisko w Biskupicach koło Wieliczki

 Wycieczkę do Lasu Wielkiego w Biskupicach koło Wieliczki miałem zaplanowaną już od dawna. Ale jak to z planami... Są a do realizacji potrzeba jeszcze chęci oraz okazji.

I dziś chęci zgrały się okazją.

Las Wielki (OpenStreetMap)

Sam spacer po tym lesie nie wydaje się być czymś wyjątkowym. Cóż... Jest to las intensywnie użytkowany, a spacerować można po szerokich i utwardzonych drogach służących zasadniczo do transportu drewna. 


Ale uznajmy, że te wygodne drogi to jest jakiś plus. Bo las rośnie na terenie osuwiskowym i bez tych dróg znaczna część trasy przebiegałaby po błotnistych nierównościach.

W drzewostanie wyróżniają się dorodne buki i dęby.


Raczej nie jest to miejsce na grzyby... Ale może miejscowi wiedzą na ten temat więcej.

Ja wypatrzyłem tylko kanie, które jakoś nie wzbudziły mego entuzjazmu.


Bardziej podobały mi się liczne strugi, które są początkiem większego potoku Bogusława. 


Ale do lasu tego wybrałem się nie tylko po to aby podziwiać rośliny i potoki. Chciałem dotrzeć do dobrze widocznego na mapach LIDAR grodziska na Bukowej Górze (338,2 m n.p.m.).

Grodzisko kultury łużyckiej na Bukowej Górze w Biskupicach

Znalezienie grodziska okazało się niezbyt trudne bo prowadzi do niego jedna z szerokich leśnych dróg. Natomiast z powodu gęstej roślinności nie ma szans na to aby widoczne były szczegóły nadające się do uwiecznienia na fotografii. 

Cóż... Szczyt Bukowej Góry o tej porze roku wygląda tak:



Natomiast można znaleźć miejsce, z którego otwiera się piękny widok na kościół w Biskupicach.


Trzeba tu będzie wrócić jesienią, jak buki nabiorą kolorów... Może spróbuję też zimą.

W każdym razie Las Wielki uznaję za miejsce godne polecenia do spacerów w okolicach Wieliczki.





poniedziałek, 9 sierpnia 2021

Wycieczka do Biskupina i refleksja nad nauką wykorzystywaną do manipulacji

 W lipcu dostałem szansę aby razem z rodziną wybrać się na zwiedzanie Muzeum Archeologicznego w Biskupinie. 



Muzeum było czynne i można je było zwiedzać realnie, a nie wirtualnie. Co w czasach pandemicznej mody na zamykanie wszystkiego (nawet obiektów na otwartej przestrzeni) wydaje się już dużym odpuszczeniem w rygorach.

Ale nie o pandemii chcę tu pisać.

Zwiedzenie tego muzeum mogę szczerze polecić każdemu. Bo każdy znajdzie tu dla siebie coś ciekawego. Czego dowodem może być fakt, że nawet moje córki (obie) zwiedzały ten obiekt z dużym zainteresowaniem. A znalezienie atrakcji, która nie nudzi nastolatka/nastolatki to już jest nie lada wyczyn.

Zarządowi Muzeum Archeologicznego w Biskupinie można pogratulować sprawnego działania oraz dobrych pomysłów na prowadzenie powierzonego mu skarbu. Bo jego zwiedzanie to aktywna lekcja i żywy kontakt z historią oraz prehistorią.

To co mnie zaszokowało (pozytywnie) to fakt, że osobami pracującymi na terenie tego archeologicznego rezerwatu można swobodnie rozmawiać. Nie ma tu nudnych wykładów... Jest natomiast szansa na swobodną dyskusję oraz zadawanie pytań np. dotyczących tego kim byli pierwotni mieszkańcy Biskupina i jak żyli.

To bardzo ciekawy ale i drażliwy temat, do którego należy podchodzić z dużą dozą ostrożności.

Badania nad osadą w Biskupinie były już wykorzystywane do wysuwania różnych karkołomnych tez na temat przynależności etnicznej pierwotnych mieszkańców tego grodu. I tak miał to być dla jednych dowód na obecność na tych ziemiach ludów germańskich... Bo dla "naukowców" ogarniętych ideologią germańskiego nadczłowieka wszelkie przejawy wyższej kultury musiały być tego dowodem. Musiały i już...

Niestety w dobie udowadniania odwiecznych praw Polski do ziem między Odrą a Bugiem też sporo ponaciągano w celu wykazania prasłowiańskości tych obszarów.

Cóż... Można było naciągać bo o tym jakim językiem posługiwali się pierwotni mieszkańcy Biskupina nie wiemy właściwie nic. Więc wszystkie tezy o germańskości lub słowiańskości są jak na razie patykiem na wodzie pisane. A wiara w to, że dowód znajdzie się w badaniach DNA imo jest też mocno przewartościowana. 

Ale to nie koniec...

Bardzo zaciekawiły mnie informacje na temat prawdopodobnych przyczyn upadku osady w Biskupinie.

Otóż obecnie mocno lansowaną teorią jest pogląd mówiący o tym, że gdzieś tak około 550 r p.n.e "w wyniku zmian klimatycznych" doszło do podniesienia poziomu wody w jeziorze.

I tu moja szczęka chyba znalazła się gdzieś w pobliżu klepiska biskupińskiej chaty.

Tak... Teoria gwałtownych zmian klimatycznych jest dobra na wszystko. I co najważniejsze.... Można ją stosować dowolnie i w odniesieniu do każdego wybranego odcinka naszej historii. Także tej sprzed epoki przemysłowej. Bo pierwotna osada w Biskupinie powstała w czasach gdy gęstość zaludnienia w Europie była niska, a znaczne obszary kontynentu porastały jeszcze pierwotne lasy, w których żaden Szyszko nie prowadził gospodarki leśnej. 

Bo mogło się zdarzyć, że mieszkańcy takiej osady wytrzebili okoliczne lasy, wyjałowili okoliczne pola, może nawet zanieczyścili wodę w jeziorze. Ale ich gospodarka nie miała praktycznie żadnego wpływu na stan klimatu na całej planecie.

Cóż... Najwyraźniej taki mamy tu klimat, że czasem gwałtownie się zmienia i zaskakuje ludzi. Nawet naukowców.

poniedziałek, 26 lipca 2021

Dobry Pasterz z Siemiechowa

 Siemiechów to wieś położona w Małopolsce w gminie Gromnik na południe od Tarnowa. Turystycznie nie jest szczególnie znana i popularna. Jeśli ktoś tu się zatrzymuje to aby obejrzeć drewniany kościół pw. Matki Bożej Gromnicznej (XVI w) lub jeden z licznych w tym regionie cmentarzy wojennych.

Tych cmentarnych pozostałości po I Wojnie Światowej jest tu naprawdę sporo.

Cmentarz wojenny nr 183 w Siemiechowie

Ale podczas zwiedzania (tak to trzeba chyba nazwać) przeze mnie miejscowego cmentarza parafialnego moją uwagę przyciągnęły nie tylko kwatery żołnierzy poległych podczas I Wojny Światowej (Cmentarz nr 183).

W pobliżu mogił żołnierskich, pośród nowych nagrobków z kamienia lub lastrico, stoi wykonany z piaskowca pomnik zwieńczony figurą Chrystusa Dobrego Pasterza.


Jest to nagrobek miejscowego proboszcza ks. Bartłomieja Olesiaka. Jak można odczytać z trochę już zatartej tablicy ksiądz ten zmarł w listopadzie 1876 r.

Muszę przyznać, że figura z tego pomnika podziałała na moją wyobraźnię. Czas już trochę ją nadgryzł ale nadal jest tu dobrze widoczna postać młodego mężczyzny niosącego w charakterystyczny sposób owieczkę na swoim grzbiecie. I jeszcze ten kapelusz umieszczony na głowie pasterza...

Czy tak wyglądali pasterze z tych okolic?

A może postać ta przypomina młodego Żyda z pobliskiego Zakliczyna?


Cóż... Nie wiem na kim się wzorował miejscowy twórca ale jego dzieło jest pozostałością po świecie, który był zupełnie inny od naszego. 



niedziela, 11 lipca 2021

Interpretacja obrazu satelitarnego i zdjęć lotniczych terenu przy cmentarzach w Jedwabnem

 Patrząc na dzisiejszy obraz na współczesne zdjęcia terenu wokół cmentarzy w miejscowości Jedwabne niewiele można dostrzec pozostałości po wojennej historii tego miejsca.


Jednak jeszcze na zdjęciach wykonanych w latach 50ych były widoczne ślady po niemieckich okopach z roku 1945 r.

Opis i zdjęcie okopów:

https://apcz.umk.pl/czasopisma/index.php/AZMDDP/article/download/20202/17417

Ale gdy z obrazu usuniemy roślinność i spojrzymy na cyfrowy model tego terenu to okazuje się, że ślady tych niemieckich umocnień z 1945 r są nadal widoczne.


Na kolejnym obrazie przebieg okopów zaznaczyłem linią w kolorze czarnym.


Co wynika z tych map?

Otóż wygląda na to, że wojenna historia tego miejsca jest bardziej skomplikowana niż by się wydawało.

Mamy tu nie tylko masową mogiłę pomordowanej ludności żydowskiej z 1941 r ale i ślady walk między wojskami niemieckimi i nacierającą armią sowiecką z 1945 r.

Na terenie kirkutu w pobliżu linii okopów są widoczne owalne zagłębienia, które można interpretować jako pozostałości lejów po wybuchu bomb lub pocisków. 

Ślady po okopach zachowały się na terenach, które po 1945 r nie były użytkowane rolniczo, czyli na terenie kirkutu oraz na nieużytku położonym na północ od cmentarza katolickiego w miejscowości Jedwabne.

Obecność umocnień i śladów walk z 1945 roku powoduje, że znaleziska łusek karabinowych mogą być tu dosyć częste i nie muszą wskazywać na to, że była to amunicja użyta do mordowania ludności żydowskiej w 1941 r.

Co więcej... Miejsce oznaczonej mogiły ofiar z 1941 r znajduje się dokładnie na przedłużeniu wspomnianej wcześniej linii umocnień (okopów), które powstały latem 1944 roku (http://cmentarze-zydowskie.pl/jedwabne.htm)

Można zatem przypuszczać, że teren, na którym znajduje się oznaczona mogiła był już przekopywany w 1944 r. podczas prac związanych z budową wspomnianych umocnień.

***

A tu fragment z tego co ustalił w tej sprawie Instytut Pamięci Narodowej.


Ze źródeł historycznych wynika, że Jedwabne zostało zdobyte w dniu 23
stycznia 1945 r. przez siły radzieckie ze składu 50 armii 2 Frontu Białoruskiego
działającego w toku operacji wiślańsko - odrzańskiej (Bolesław Dolata,
Wyzwolenie Polski 1944-1945, Warszawa, 1971, s.551). Świadek H. P.
potwierdziła, iż w tym czasie w okolicach miasta toczył się całodobowy bój.
Świadek T. B. zapamiętał, że walki trwały około 10 godzin lub dłużej. Niemcy
bronili się w okopach przed Rosjanami, którzy nacierali od strony Grądów i
Przestrzela. Wielu Niemców zginęło. Pod wieczór pozostali wycofali się. M. K.
zeznał, że po zakończeniu działań bojowych widział ciała zabitych żołnierzy
niemieckich w okopach znajdujących się w okolicy cmentarza żydowskiego oraz
okolicy miejsca, gdzie uprzednio stała spalona stodoła. Świadek zabrał stamtąd
porzucony karabin i amunicję
.

https://ipn.gov.pl/download/1/66087/SledztwowsprawiezaboojstwawJedwabnem.pdf


***

Dla zainteresowanych fragment rosyjskiej mapy obrazującej przebieg działań podczas Operacji Wschodniopruskiej w styczniu 1945 r.



Jedwabne zlokalizowane jest w tym "worku" wysuniętym na południe, a znajdującym się na wschód od Łomży.

Łomża po rosyjsku to Ломжа.

piątek, 4 czerwca 2021

A może rzucić to wszystko i wyjechać w... Gorce?

 Ponieważ nie mam co odsyłać pani Oldze Tokarczuk to pozostało mi tylko wysłać samego siebie gdzieś w plener. 


Wycieczka na Gorc marzyła mi się dawna.


A że pogoda wyśmienita to nie należało tych planów odkładać na później.


Nawet jeśli trzeba byłoby się trochę utrudzić na stromych ścieżkach. To warto...


Bo takie widoki... I takie ścieżki są tylko w Gorcach.


Dlatego jeśli ktoś chciałby odpocząć od polityki i spraw przyziemnych to polecam spakować plecak i ruszyć w Gorce. Tam niebo jest jakby bliżej i można jeszcze spotkać człowieka, z którym będzie nam po drodze.

czwartek, 21 stycznia 2021

Moda na "morsowanie"

Nie mam nic przeciwko miłośnikom ekstremalnej (jak dla mnie) zabawy, która polega na grupowych wypadach nad jakieś jeziorko w celu zaliczenia zimowej kąpieli. Jak ktoś chce wbiec do wody w stroju plażowym nie patrząc na temperaturę powietrza to jego sprawa... Jak byłem młodszy to takie wyczyny też nie były mi obce. :)

A wejście do wody, której temperatura jest wyższa niż powietrza ma swoje niewątpliwe wartości poznawcze... Zwłaszcza, gdy człowiek sobie zdaje sprawę, że ta przyjemność jest tylko na chwilę.

Niestety obecnie chyba coraz więcej ludzi utraciło coś co powinno być cechą naszego gatunku. Utracili instynkt, który odpowiadał za przetrwanie (instynkt samozachowawczy) oraz zdolność do prawidłowej oceny sytuacji i szans na przeżycie podjętego ryzyka.

No bo jeśli ktoś podejmuje próbę zimowego "zdobycia" Babiej Góry odziany tylko w szorty to znaczy, że... jest z nim źle. Jest źle i to jeszcze przed konieczną akcją ratunkową.

Nie wiem co tak ludzi nakręca... Ale obawiam się, że jest to jakaś moda, której źródeł należy szukać gdzieś mediach społecznościowych.

Dla chwili sławy w tych mediach niektórzy z nas są zdolni do podejmowania ryzyka, które jest czymś absurdalnym dla zdrowego człowieka. Absurdalne bo zdrowy człowiek potrafi ocenić kiedy przekracza się granicę, ze którą jest już tylko droga do samozniszczenia.

Niestety... Ewolucja naszego gatunku chyba zaczyna zmierzać w stronę jakiego ślepego zaułku...

A może jest to ogniwo łączące nas nie tyle z morsami co z pewnym gatunkiem gryzonia ze strefy polarnej.

Tak... Najwyraźniej współczesny człowiek zmierza w ewolucji swych zachowań drogą która upodabnia go do leminga.




Ps

Takich materiałów serwis YouTube nie blokuje:

Jak widać naśladowców nie brakuje.

 

czwartek, 13 lutego 2020

Z Zalesia-Wyrębisk na Polanę Stumorgową (Zima 2020)

Co można zrobić jak się ma dzień wolny w środku tygodnia? Zostać samemu w domu i przeglądać internety... Albo spakować narty i ruszyć na krótką trasę solo.

Wybrałem dzień na nartach a nie solówkę przed komputerem.

Już pierwszy rzut oka na okolice parkingu w Zalesiu - Wyrębiskach zapowiadał udany dzień na trasie narciarstwa biegowego pod Mogielicą.

Potem spojrzenie na mapę trasy....



... i w drogę.

Trasa super... Świeży śnieg i jest nawet założony ślad. Żadnych przetain, żadnych wystających kamieni.



Nic tylko się ruszać i podziwiać uroki zimy w Beskidzie Wyspowym.



I nawet nie zniechęca to, że w tę stronę większa część trasy to podbiegi, a w moim wypadku to mozolne wspinanie na nartach.



Po pokonaniu w ten sposób około 6 km (znaki przy trasie) dotarłem do rozwidlenia szlaków.



Tu odpiąłem narty i dalej z buta.



Aż dotarłem na Polanę Stumorgową.



I zacząłem się rozglądać. (Patrz film poniżej)



A było na co patrzeć. :)

Powiększ to może zobaczysz Tatry





Jak już się napatrzyłem, nawdychałem czystego powietrza i trochę posiliłem to... mogłem ruszyć w drogę powrotną. I to ze świadomością, że teraz będę raczej zjeżdżał niż się wspinał.

sobota, 27 lipca 2019

Tanie piwo. Sposób na pozbycie się ślimaków (pomrowów) z ogródka

Ślimaki bezskorupowe (pomrowy) to prawdziwa zmora ogrodnika i działkowca. Nie dość,że ohydne to jeszcze potrafią w błyskawicznym tempie wykończyć młode uprawy. Potrafią jeść wszystko co zielone i właśnie wzeszło... Ogórki, sałata, młode krzaczki pomidorów... To wszystko może paść łupem tych oślizłych żarłoków.

Pozbycie się ślimaków (pomrowów) z grządek wydaje się czasem zadaniem niewykonalnym.
- Ręczne zbieranie wydaje się pracą Syzyfa bo zebranych najeźdźców zastępują równie liczne rzesze, równie żarłocznych ślimaków (pomrowów).
- Sypanie trucizny... Bez sensu... To co rozsypiesz wniknie też do gleby i roślin w niej zakorzenionych. I tak truciznę wprowadzisz sam w coś co potem będziesz jeść.
- Posypywanie solą... Działa na ślimaki. Owszem zdychają ale dla roślin sól też jest szkodliwa.

Na szczęście żarłoczność i brak umiaru jakim cechują cię te obślizłe potwory jest tym co pozwala na to by sposobem pozbyć się ślimaków (pomrowów) z przydomowego ogródka.

Sposób 1 - Wywabienie bez niszczenia ślimaków
Można w pobliżu ogródka wysypać kupkę resztek kuchennych w postaci liści kapusty, obierek itp. resztek roślinnych... Gnijące resztki działają na ślimaki jak wabik.
Znaczna część potworów porzuci warzywa i przeniesie się do paśnika oferującego bardziej aromatyczny pokarm.

Niestety sposób ten ma jedną zasadniczą wadę. Ślimaki (pomrowy) nadal będą w pobliżu. A dostarczanie im pokarmu może wręcz tylko polepszyć ich warunki do życia oraz rozmnażania.

Sposób 2 - ostateczny
Jak się okazuje ślimaki (pomrowy) to "nałogowi alkoholicy", a zapach piwa jest dla nich wyjątkowo silnym wabikiem. Najtańsze piwo, nawet bez gazu, takie już całkiem niepijalne wlane do słoika tworzy pułapkę, w której topią się ślimaki.
Ten, który wlazł do środka już nie wyjdzie.  A już po jednym dniu słoik może być pełen upitych i utopionych ślimaków.

Tylko co jakiś czas trzeba opróżniać słój i dolewać nową porcję wabika (piwa).



Jak widać alkohol odbiera "rozum" także ślimakom.

piątek, 26 lipca 2019

Publiczny "petting" i inne zboczenia dzikich Polaków

Polska to dziki kraj, a ludzie tu żyjący nadal wstydu nie mają.
Dzikusy nadal akceptują publiczne paradowanie za zboczeniem polegającym na uprawianiu w miejscach ogólnodostępnych różnych form "pettingu". I nie chodzi mi tu o publiczne drażnienie okolic szczególnie wrażliwych, a o zaśmiecanie przestrzeni publicznej petami.
Idziesz na plażę i chcesz się spokojnie nacieszyć słońcem, ciepłym piaskiem i tym co dyskretnie widać zza parawanów, a tymczasem już przy pierwszej próbie zalegnięcia na wygrzanym piasku dostrzegasz liczne ślady po palaczach, którzy wcześniej uprawiali w tym miejscu "petting".
Zgorszony porzucasz plażę i idziesz do najbliższej knajpki... Ale i tu na wejściu wita cię słoik pełen petów. Widok, który właściwie powinien odbierać apetyt najwyraźniej nie przeszkadza znacznej liczbie palących (i niepalących) dzikusów z kraju nad Wisłą.
Zaczynasz się zastanawiać na tym kim są ci dzicy swawolnicy od publicznego "pettingu" i ze zgorszeniem stwierdzasz, że to zboczenie szerzy się wśród wszystkich warstw społecznych już prawie IVej RP. Tak samo petują menele pod budką z piwem jak i korpoludki na schodach przed biurowcem oraz studenci na wygonie...
Jedziesz samochodem, a na twojej szybie nagle ląduje pet wyrzucony przez zboczeńca petujacego się w ciężarówce. Zajeżdżasz na parking by odetchnąć a tam witają cię kupki petów, które sobie tam postanowili wytrzepać z popielniczek właściciele służbowych lexusów, octavii i/lub fordów.

***
Najbardziej wyrafinowaną formą "pettingu" w PL jest "PETting" wysokogórski.
Polega on na zabieraniu ze sobą butelek z piciem i pozostawianiu nich na szlaku pustych.
Dzięki tej formie publicznego "PETtingu" tatrzańskie i bieszczadzkie szlaki zostały ubogacone plastikiem w formie bardzo różnorodnych opakowań PET.